buty

Dlaczego ja to ja?

Czy nie mogę być kimś innym? Być kimś. Tak po prostu, wstawać rano z uśmiechem, z chęcią do życia. Miałam się nad sobą nie użalać ale czuję się coraz słabsza. Czuję, że kiedy przyjdzie odpowiedni moment, pociągnę za spust.

Za każdym razem zamykając w nocy oczy, modlę się o to, żeby już ich nie otworzyć. Żeby nie musieć czuć, zmagać się, walczyć.

Rozkładam na części pierwsze moją psychikę, ale generalnie jeszcze bardziej choroba mnie wciąga. Czasami się cofa, usypia, wtedy ja mogę odetchnąć. I nagle słyszę: jakoś zaokrągliły ci się policzki. To nie jest normalne tyle jeść. Wszystko musi zeżreć. Drzwi trzaskają, a ja zostaje sama z połkniętym kluczem.

Opowiadam wszystkim o sobie, ale tak naprawdę tylko po to to robię, żeby odciągnąć (swoją?) (waszą?) uwagę od centrum zaburzeń. Czemu ludzie nie potrafią czytać między wierszami. Że kiedy mówię: zawsze mogłam liczyć na rodziców, myślę: rodzice wymagali tyle, że nigdy nie mogłam tego unieść. Że kiedy mówię: biorę urlop, bo choruję na grypę, myślę: jestem w ciągu. Tak jest wygodniej, muszę sobie to jakoś tłumaczyć. Zresztą nie jestem najważniejszą osobą na świecie, wstawaj będziesz żyć. Ból fizyczny jest dużo lżejszy do zniesienia niż ten wśrodku.

Jak bardzo ja chciałam, żeby on mnie uderzył, żeby nie patrzył tymi bezbronnymi oczami proszącymi o wybaczenie. A ostatnio to nawet musiałam się z tym zmierzyć w pracy.

Przyszedł…itd. Niech to zostanie we mnie. Ciiii o tym się nie mówi.

Tracę kontakt z rzeczywistością.

Dobranoc

Niech to się skończy, błagam

 

wszędzie, wszystkim

- dzień dobry. Poproszę 2 pączki, 2 łapy i 2 makówki.

(uśmiech)

- hmmmm

- a czy mogłaby pani zapakować mi po 2 bułki? One nie będą dla mnie.

- ok.

- dziękuję, miłego dnia.

________________________________________________________________________

(po 10 min)

- dzień dobry. Poproszę 4 pączki i łapę.

- 4,70.

- dziękuję.

________________________________________________________________________

(po 1 godz)

Nigdy więcej….

 

***

Planuję przenieść się na północ i zastanawiam się nad najlepszym środkiem lokomocji. Pociąg – najszybszy, trochę boli tyłek od siedzenia i strasznie trzęsie. Samochód – najprzyjemniejszy, wiec z zasady odpada. Wybiorę chyba spacer, po drodze spalę kilka kcal, odetchnę świeżym powietrzem i co najważniejsze, najpowolniejszy ze wszystkich i najbardziej boli.

cienka czerwona linia

Ronnie wraca do zycia. Jak można przy wadze 54 kg, być szczęśliwym? Wiesz, co znaczy tłuszcz na nogach i próba jego wycięcia przy pomocy skalpela?  Tak ciężko mi żyć z tym bólem w brzuchu. Jeśli wrócił bół w dole brzucha, tzn., że Ronnie żyje, będzie miała dzieci, wyjdzie za mąż i najprawdopodobniej zapije się gdzieś między autostradą a polem ornym.

Zaśnie, a teraz ciiiii, głód śpi, nie budz go.

prawo

Każda niestłamszona w duszy awantura jest wynikiem tych nadprogramowych 5 kg.

Każda chwila bezsilności i strachu o jutro jest wynikiem braku stabilności.

Pewnie braku pieniędzy, braku ubrań w rozmiarze M/L, braku mebli, braku butów, braku idealnej pracy, braku pasji, braku odpowiedzialności.

Czyszczę swoje życie. Postaram się do końca roku uregulować wszystkie swoje sprawy, pozamykać konta, oddać nieswoje rzeczy i przenieść się na północ. zacząć wszystko od nowa.

Wiem, że to szczeniackie, odejść i nie musieć czuć.

Jeśli nie dojdę do 45 do końca roku, przedłużę sobie wakacje, o kolejne pół roku.

Kara musi być, długa i uciążliwa.

Mam nadzieję, że do tego czasu obrzydzenie innych do mojej osoby będzie tak intensywne, że nie będą chcieli mnie już znać. Dla nich lepiej. w końcu, czy gdyby wiedzieli, że umieram zmienili by się? Po co, tak jest lepiej. Bezpieczniej, wygodniej, dać jeść i niech zamknie gębę. Uczucie? Akceptacja? Wiara? Zaufanie? na co jej to? jedzenie to jedyne, czego potrzebuje. W końcu tyram cały dzień na tę miskę zupy!

A ona, niewdzięczna, jeszcze śmie kwestionować moje metody. O ile pamiętam, to rodzice są od wychowywania dzieci, a nie na odwrót. A co tam, że lała po gaciach w nocy, a co tam, że wracała z płaczem ze szkoły, a co tam, że nie ma za co żyć.

Moja mama ma nerwicę,

trudno jest mi żyć szczęśliwie z tym!

Choć usmiecha się i klaszcze,

ja wiem, wiem, zaraz padnie, starczy.

cicho mamo, cicho

jestem, będę?

może potem

wrócę kiedyś, przytulę się i powiem:

wybaczam,

wybaczę Ci, kiedy skonam

znam Cię na pamięć

Dobrze powiedziane. Porozmawiać na żywo.

Tylko czy ja mam jeszcze na to czas?

Czy nie jest za późno, by rozmową odkrywać ten świat?

Zostań, zostań… Zwykła chwila trwa, kreślona na szkle krzywo.

 

Raczej znam Cię, bo dzięki bezsenności śniony obraz nie umyka.

Twych palców, mknących po bezdrożach.

Przesuwających się z gracją po linii, tylko czyjej,

mojej? Jej? Sam pewnie nie wiesz.

Ja wiem, nigdy nie będziesz sam.

 

Oddaję Ci to, o co zabiegałam przez całe pół roku.

Pielęgnowałam, woziłam, aż wreszcie pękło, zatopiwszy swe lustro w mroku.

I choć teraz czuję, tak to jest to!

Teraz wiem, że żyję, że oddycham i czuwam.

W stanie ukojenia, w bezgłosie marzeń.

Widzę bezgłowie człowieka.

Rozciągniętego między prawdą a trzeba!

 

Oni pewnie przyjdą, pewnie jeszcze nie teraz

poczekam

przyjdzie chwila i stwierdzę,

stojąc nad swego żywota kresem,

oddałam Wam dusze, malowane żółtym i białym kolorem. 

serce? oddam Wam, kiedy zamknę oczy na dłużej.