akustyka

Chciałabym się znaleźć w tym momencie w pokoju. Bez okien, drzwi, kanałów wentylacyjnych i
i krzyczeć.
Chciałabym, żeby to ze mnie uszło.
Żeby to zeszło i zostało w tym pokoju.
Dźwiękoszczelnym.

by patrzeć z uśmiechem

Dzień dobry.
Jaki piękny dzień, można by napisać. Mroźny, śnieżny, może właśnie dlatego skłaniający do przemyśleń. Ja też takie mam, a że ostatnio trochę się dzieje w moim życiu i nie najlepiej sypiam, większość z nich pochodzi z nocnych kołaczących myśli.
Chcę napisać dzisiaj o dwóch słowach kluczach. Dla jednych oznaczają dobre wychowanie, dla innych są przykrą koniecznością, dla jednej z grup są wynikiem dojrzałości, ludzkiego podejścia do innej osoby – chodzi mi o słowa: do widzenia.

Już tak się przyjęło w społeczności, że ludzie kulturalni odchodząc, czy to ze sklepu, pracy, miejsca, gdzie przebywają mówią do widzenia i zamykają za sobą drzwi. Uśmiech też pomaga, bowiem pozwala na bardziej komfortowy powrót. Nigdy nie wiadomo jak potoczą się ludzie losy, dlatego myślę, że aby zdrowo przejść do kolejnego etapu, należy zamknąć poprzedni.

Identyczna wydaje się sytuacja, kiedy ludzie, których coś łączyło „postanawiają” się rozstać. Postanawiają się rozstać napisałam w ” „, ponieważ czasem bywa tak, że ludzie rozstający się, wcale nie doszli razem do takiego zdania. I o tym chcę napisać. O trudnej sztuce rozstania, z sformułowaniem „do widzenia” i uśmiechem.

„Do widzenia” i uśmiech wcale nie muszą zajść w ty samym momencie. Ludzie rozstający się, jeśli rzeczywiście coś ich łączyło, wspólnie dochodzący do decyzji: to najlepsze rozwiązanie – rozstać się, by się nie ranić, nie krzywdzić, nie zadawać dalszego cierpienia, rzadko kiedy są uśmiechnięci. Uważam, że w tym przypadku uśmiech i zwrot żegnający raczej nie występują razem. Do tego dochodzi się po jakimś czasie. Mnie osobiście dopiero po 4 latach po rozstaniu stać było na to, żeby uśmiechnąć się na myśl o moim byłym Partnerze. Po latach dopiero to zrozumiałam, że stać było mnie na to, ponieważ nie zamknęliśmy wspólnie pewnego etapu, w związku z czym nie mogłam siłą rzeczy rozpocząć nowego. Zdrowego, szczęśliwego, radosnego i pewnego nadziei na sukces. Odeszłam bez słów: do widzenia. Długo pewna byłam, że tak musi być, że muszę odejść, ponieważ wszystkie argumenty, jakie mówiłam nie trafiały do mojego eks. On zwyczajnie nie chciał się z tym pogodzić, więc ja jednym szybkim cięciem odcięłam się. Z dnia na dzień urwałam kontakt, a że mieszkamy od siebie spory kawałek drogi, nasze codzienne spotkania twarzą w twarz raczej nie miały racji bytu. Mój były prosił o spotkanie, o rozmowę, tłumaczył, że tego potrzebuje, że rozumie moją decyzję, aale chce to zakończyć w sposób właściwy. Ja nie dawałam się namówić, co skończyło się dla mnie delikatnie mówiąc źle.

Istniało we mnie coś, co nie pozwalało na przejście do nowego etapu. Dziś wiem, że powodem było niewłaściwe zakończenie sprawy. Zwyczajnie nie powiedzieliśmy sobie: do widzenia, by każde mogło iść w swoim kierunku i odrębną drogą. Dzisiaj, historia zatoczyła koło i mam namacalny dowód na to, jak taka osoba się czuje. A czuje się paskudnie. Można sobie wyobrażać co się w niej dzieje, ale jeśli nie doświadczysz tego na własnej skórze, ciężko w to uwierzyć. Ludzie dojrzali, posiadający juz jakies doświadczenie życiowe, wiedzą o czym piszę, że niezakończone i nierozliczone sprawy zostawiają w człowieku zadrę. Zadrę, która tworzy ranę, a ta powoduje niespokojny sen, niespokojne myśli, wyrzuty sumienia, prowadzi chyba do dramatu ludzkiego, pomimo, że to ona jest osobą odchodzącą. Czas leczy rany, mogę to napisać, czas leczy większość ran. Dzisiaj mogę ze spokojem pomyśleć o moim byłym, uśmiechnąć się, gdy przypominam sobie wszystkie nasze wspólne chwile. Pozostaje tylko pytanie: Czy jeśli w związku jedna osoba odchodzi, robi to sama, tzn. sama podejmuje tę decyzję, to czy to oznacza, że ci ludzie byli kiedyś tak naprawdę razem? Czy łączyło ich jakieś głębsze uczucie?

Po tym bolesnym doświadczeniu postanowiłam, że będę kończyć sprawy. Odchodząc, będę mówiła: do widzenia. Na uśmiech czasem jest za wcześnie w niektórych sytuacjach. Zwyczajnie kiedy ludziom chce się płakać, ciężko jest się uśmiechać. Ale po to właśnie będę zamykać sprawy, żeby po latach móc uśmiechnąć się na myśl o wspomnieniach i aby nigdy nie dopuścić, że w moim sercu stworzy się jątrząca rana.

Miłego dnia.

Myśleć pozytywnie

W życiu czasem bywa tak, że cały świat się wali. Wali się na głowę jednemu człowiekowi, który Bogu ducha winny pyta: dlaczego JA? Dlaczego MNIE to spotyka? Okazuje się nagle, że wszystko w co wierzył, czemu ufał, w co pokładał nadzieję – rozbija się i obraca w nicość. Zostaje piosenkowe: nic.
Mijają dni, człowiek codziennie kładzie się spać wieczorem i wstaje rano i nagle, w przerwach pomiędzy jednym a drugim płaczem, zauważa: ja żyję. Pomimo, że straciłem pracę, ukochane osoby, dom/mieszkanie, przyjaciele się odwrócili, żyję, czuję i co najważniejsze – zaczynam coraz bardziej czuć, że żyję! Że mam siłę, by wstać, zjeść, posprzątać, rozejrzeć się za inną pracą, miejscem do zamieszkania. Nagle okazuje się, że w tym sklepie, w którym codziennie robię zakupy, ciągle wpadam na tą samą osobę i mówimy sobie: dzień dobry. Nagle człowiek uzmysławia sobie, że istnieje życie po życiu. Oczywiście, to życie jest nowe, nieznane, ociekające nieprzewidywalnością, ale jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko po nie sięgnąć.

Z mojego, krótkiego co prawda, doświadczenia życiowego, mogę powiedzieć, że istnieje życie po życiu. Czasem jest ono nawet jeszcze lepsze. Bowiem okazuje się, że moja wiara w siebie, zaburzona do tej pory, pozwala znaleźć lepszą pracę, rozwiązać problemy mieszkaniowe, ustabilizować relacje z rodziną, poukładać „życie”. Uczyć należy się całe życie, po to ono jest. By je przeżyć…śmieszne, nie? Przeżyć życie, jakie to proste i skomplikowane zarazem. Żyjesz, wszystko jest cacy i nagle, wszystko się wali. Dosłownie. W ciągu kilku dni okazuje się, że cały twój świat to jedno wielkie pobojowisko, zgliszcza. Przyszedł deszcz, śnieg i wielka woda porwała wszystko. Dlaczego, pytam sama siebie?

Myślę, że na dzień dzisiejszy znam odpowiedz. Bo wszystko co budowałam, o co dbałam, na co dmuchałam i chuchałam, stało bez fundamentu. Mój „dom” zbudowany został na piasku. Oczywiście, wyposażony był w niezbędne sprzęty: łózko, gdzie odpoczywałam, lodówkę, w której trzymałam jedzenie, tv, gdzie oglądałam pogodę, okna i drzwi, przez które wpuszczałam świat do środka. Zabrakło jednej podstawowej i fundamentalnej rzeczy: solidnej podstawy.

Nawet kiedy wszystko się układało i pozornie było w porządku, ja ciągle nie zauważałam tej prawdy. Że moje życie zbudowane jest na niesolidnej podstawie. Jakiej? Oj, mogłabym pisać cały dzień. Wymienię jedną: brak wiary w siebie. Brak wiary w siebie powoduje, że nawet jeśli coś robisz i wydaje ci się, że to jest to, co chcesz robić w życiu, w przypadku niepowodzenia jak zwykle powiesz: wiedziałam! Przecież to nie mogło się udać, jestem beznadziejna, wszystko za co się biorę – niszczę. Dotyczy to każdej dziedziny życia. Brak fundamentu powoduje, że nawet jeśli człowiek znajdzie w sobie siłę, żeby się podnieść, nie uniesie konsekwencji: powodzenia lub niepowodzenia, ponieważ nie posiada wiary w to, że zasługuje na coś dobrego.

Przykre? raczej realne i mnie to właśnie napawa optymizmem. Że w końcu odnalazłam to, co ciągle miałam „na końcu języka”….a czego nie potrafiłam nazwać, sklasyfikować i opisać. To coś, wyniszczało mnie od środka, ponieważ wiedziałam, że coś jest ze mną nie tak jak być powinno, coś nie gra, ale nie wiedziałam konkretnie co. Oczywiście, walczyłam z jedzeniem, z chudnięciem, ze wszystkim. Jak tak spojrzę za siebie, widzę mnie i moje dłonie zaciśnięte w pięści. Wieczną walkę. Tylko, że ta walka pomiędzy mną a resztą świata przypominała walkę Dawida i Goliata. Widzę już, że rozpoczęłam walkę zupełnie się do niej nie przygotowywując. Wyszłam naga, bez broni, bez niczego i tym chciałam zwojować świat. Nietrudno się domyślić finału, poległam z kretesem. Brak przygotowania, podstawy, fundamentu spowodował, że każda bitwa była przegrana.

Dlatego, wiedząc już to wszystko, co dzisiaj wiem, opuszczam ręce, rozluźniam dłonie i idę na zakupy….kupię cement, piasek, wodę, kamienie. Wszystko to, co pojedynczo mogłoby być zniszczone przez niepogodę, a razem – stanowi niezłą podstawę. Oczywiście, będzie to trzeba później remontować, ale to, to już temat na odrębną notkę albo nawet odrębny rozdział życia.

Miłego dnia życzę wszystkim.

iść

By coś zrozumieć, by do czegoś dojrzeć, by dostrzec coś w całej masie informacji, trzeba coś przeżyć. Stanąć z tym oko w oko. Zmierzyć się z tym twarzą w twarz, tylko w ten sposób dowiesz się co jesteś wart. Być może upadniesz, i jeszcze raz i jeszcze… Tego niestety nie można ominąć. Rodzice, choć najbardziej kochający na świecie, nigdy nie będą w stanie przeżyć za dziecko życia. Wychowują je, strzegą, prowadzą do lekarza, gdy choruje, przytulają, gdy płacze, śmieją się razem z dzieckiem kiedy osiąga cel. Wszystko to z jednej prostej przyczyny: chcą jak najlepiej. Pomijam sytuację, kiedy rodzice katują, niszą i zabijają swoje dzieci w imię „czegoś” (można tu wstawić dowolny rzeczownik, przymiotnik i inną część mowy). Piszę o sytuacji, w której rodzice-wychowawcy chcą dobrze. Nie zawsze im wychodzi, nie zawsze jest pięknie. Bardzo długo trwało u mnie przyjęcie do wiadomości jednej podstawowej prawdy: rodzice są ludźmi. Tak jak ja, ty, czy inne osoby. Polecam obejrzeć serial „Rodzice na skraju załamania nerwowego”. Wszyscy ludzie są tylko lub może lepiej aż ludźmi. Mają zalety, słabości, są zapracowani, często zaślepieni, MAJĄ UCZUCIA tak jak ja.
Czemu ludzie ranią się nawzajem? Czemu nie potrafią wybaczać, okazywać miłosierdzia? Czemu nie potrafią okazywać uczuć, emocji, przeżyć? Czy to świat jest aż tak niedoskonały? Czy może ludzie uczynili świat takim, jaki jest obecnie?

Życie jest jak góra. Posiada wiele szlaków, o kolorze niebieskim, żółtym, czarnym. Człowiek staje na starcie i już wybiera albo ktoś inny za niego wybiera. Rodzice wybierają kolor szlaku, na początku jest niesiony na grzbiecie kogoś innego (mamy lub taty), później raczkuje, próbuje wstawać, chwieje się i zalicza pierwsze upadki. Dociera do miejsc, gdzie szlaki się łączą i podąża dalej. Następnie idzie o własnych nogach, jeszcze nie siłach, jest wspierany, podtrzymywany, ale zawsze idzie do przodu. Zaczyna spotykać innych podróżujących, zaczyna z nimi rozmawiać, radzic się, którym szlakiem jest najlepiej iść. Zostaje obrzucany informacjami i nagle zdaje sobie sprawę, że oto może podjąć decyzję! Sam, swoją. Jeszcze nie wie co to odpowiedzialność, ale podejmuje wyzwanie. Wolna wola zaczyna być postrzegana jako pretekst do buntu. Choćby wszyscy szli żółtym, ja pójdę czarnym! Upada, patrzy czasem śmierci w oczy widząc przepaść, zakręty, robi krok do tyłu, żeby zrobić dwa do przodu. Ogląda się za siebie i widzi własne ślady stóp, czasem zamazane, rozmyte śniegiem, wiatrem, deszczem. Przysiada i myśli. Wstaje i prze do góry, myśląc: wejdę na tą górę! Kto jak nie ja. Biegnąc, zmieniając tempo, odpoczywając. I tak ciągle….

Zadziwiające jest to, że po przejściu określonej trasy nigdy nie wie czy jest w połowie, na początku czy pod koniec. Nie wie ile drogi zostało mu jeszcze, nie wie czy po drodze nie zgubi szlaku, nie wie kogo spotka po drodze, ile razy upadnie….nigdy tego nie jest pewny. Po prostu ktoś na początku mu pokazał, że trzeba iść dalej, często nie dał butów, kurtki, kijków, raków, kasku i co najważniejsze przewodnika. Nie wręczył GPSa, mapy, które pomogłyby w bezpiecznym wejściu na sam szczyt. Po prostu powiedział: IDŹ! Nie powiedział, otwórz oczy, żebyś widział, gdzie idziesz. Nie powiedział otwórz uszy, żebyś słyszał, gdy nadjeżdża kolejka wioząca gapowiczów. I tak człowiek się wspina, upada i idzie dalej, bo usłyszał to słowo gdzieś na początku.

Gdzieś dopiero po drodze dowiaduje się, że „wędrówką życie jest człowieka”, a na końcu czeka wierzchołek „góry”.

ja, mi, mnie

Liczenie się opłaciło. Doszłam w końcu do swojego numerka, opłacało się stać w kolejce.
Jednak nie jestem zadowolona, bo jedna ze składowych mojego życia właśnie się rozsypała. Może dlatego, że to była część MOJEGO życia, nie naszego. Czemu ludzie są ślepi na sygnały? Czemu nie potrafią odczytywać zamiarów drugiego człowieka? Bo są tak mocno zapatrzeni w siebie, że nie nastawiają się na odbiór. Patrzą zza zamkniętych powiek, słuchają uszami, w które wciśnięte są słuchawki, podając dłoń – wystawiają jej zewnętrzną część. I tak trwają, patrzą, słuchają i za chwilę zupełnie nie wiedzą o czym mówi osoba obok, która wysyła sygnały – mową, gestami, zachowaniem, oczami – całą swoją osobą. A ludzie są tak egocentryczni, że nie widzą, nie słyszą, nie odbierają. Później zadają sobie pytanie – jak mogło do tego dojść? Dlaczego on/ona mi to zrobiła? Dlaczego ktoś mnie rani, dlaczego jest tak bardzo dla mnie zły? Jak ja bardzo jestem skrzywdzona…a można było temu zaradzić. Nastawić się na odbiór, na słuchanie, analizowanie, wgłębianie się w sens komunikatów. Nie zawsze tych słownych, nie zawsze tych, które można usłyszeć.

Później zostaje już tylko milczenie, które nagle okazuje się wymowniejsze niż najdoskonalszy język naszego świata. Pustka, bo nie ma już o czym rozmawiać.

krwioobieg

1125, 1126, 1127…
Ciągle liczę? no niestety nie. Ciągle podejmuję próbę doskonalenia, ale ja nie o tym dzisiaj. Dzisiaj będzie o schematach. Tak naprawdę, czy się z nimi rodzimy, tj, dostajemy w genach, czy może ktoś przekazuje nam je w toku wychowania i ustalania osobowości, czy może raczej sami w nie wchodzimy, zupełnie nie wiedząc skąd się wzięły? Otóż myślę, że skądś się wzięły, gdzieś je poznaliśmy i tak nam się spodobały, że na stałe przyjęliśmy pod swój dach.
Uważam, że o ile wybory podejmuje się świadomie lub nieświadomie, to już schematy, przyjęte do naszego krwioobiegu zaczynają być nieświadomym, (a więc podświadomym?) wyborem. Stają się takim zamkniętym systemem, z dużą ilością części składowych, które następując jeden po drugim, uaktywniają się wzajemnie. Wyobrażam je sobie jako pojęcia połączone strzałkami. Przykład? proszę bardzo:

Ranek -> zakupy -> ogrom jedzenia -> myśl: a może by jednak… -> tylko jedna bułka -> cała torba jedzenia -> ‚śniadanie’ -> wyrzuty sumienia -> wymiotowanie.

To przykładowy schemat, odpowiadający mojemu 3-tygodniowemu funkcjonowaniu. Pojęcia łączące się strzałkami, jedno pojęcie odpowiadające za każde kolejne. Katalizatorem jest tutaj ranek…..jeśli ranek się pojawia, mogę z 99% pewnością powiedzieć, że za chwilę pojawią się zakupy i zaraz wszystko potoczy się podświadomym torem.

„Boże daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie. Daj mi siłę, abym zmieniał to, co zmienić mogę. I daj mi mądrość, abym odróżniał jedno od drugiego” Marek Aureliusz

A więc, ranek – czy mogę zmienić to, że dzień się kończy nocą a zaczyna rankiem? Niestety, muszę uznać, że nie jestem w stanie tego zmienić. Dzień i noc zostały stworzone przez Boga, uznaję wyższość tej prawdy nad sobą  i proszę o cierpliwość, abym mogła ją zaakceptować. Zmienić jej nie mogę.

Zakupy – prawda, którą zmienić jestem w stanie. Tzn., że stoję w obliczu podjęcia decyzji: idę na zakupy albo nie idę? W zależności od innych zdarzeń mogę odpowiedzieć sobie: tak lub nie. Jeśli odpowiem tak – muszę się liczyć z prawdą kolejną, a zarazem częścią schematu: spotkam się (czy tego chcę czy nie) z ogromną ilością pokarmu, która będzie wstępem do kolejnej fazy. Już w tej chwili, proszę Boga o siłę, abym mogła zmienić to co mogę, bowiem mogę odpowiedzieć, tzn. znajduję się w momencie, w którym jestem w stanie kreować przyszłość, a więc nie muszę się jej biernie poddać! Czyż to nie wspaniałe, że Bóg w swoim miłosierdziu dał ludziom wolną wolę? Więc nie muszę odpowiadać tak – idę na zakupy. Mogę odpowiedzieć – nie, nie pójdę. A tym samym przerwać ślepy ciąg schematu, w którym się znalazłam. Mam wybór, nie muszę podporządkować się tej prawdzie: że w trakcie ranka trzeba chodzić na zakupy.

Odpowiadam: nie! Co oczywiście sprawia, że wchodzę w kolejny schemat, żeby nie było za przyjemnie (ale o tym później)

Odpowiadam: tak! A więc przechodzę do kolejnego pojęcia: ogromu jedzenia. Wiec może warto zastanowić się nad odpowiedzią na wcześniejsze pytanie, czy mogę sobie pozwolić na spotkanie z ogromem jedzenia, kiedy z taką łatwością podejmuję decyzję tak w poprzednim pytaniu? Teraz, spokojna i zdystansowana, mogę powiedzieć, że niestety nie, nie mogę pozwolić sobie na tak, bo to oszukiwanie samej siebie.

Bardzo często w tym momencie oszukiwałam samą siebie, wmawiając sobie: nie jesteś w stanie nad tym zapanować, musisz uznać wyższość tej prawdy nad sobą, nie uczyć się cierpliwości, to jest silniejsze od siebie. Uznawałam, że wyjście do sklepu jest prawdą tak oczywistą jak to, że po nocy jest dzień, a więc następuje ranek….

Dzisiaj to dopiero zrozumiałam: to nie jest prawda oczywista, której wyższość należy uznać nad sobą. To jak uczenie się mówić, chodzić. To pierwotne umiejętności, a więc ok. Jedzenia też mogę się nauczyć, poprawnie.

A od tego wszystko się zaczyna.

n

doskonałość

Ciekawe, że doskonałość w ciągu ostatnich kilku lat kojarzyła mi się z czymś niebezpiecznym. Czymś, co odbierało oddech, chęć do życia, a pozostawiało niemiły posmak w ustach. Myślałam i myślałam, aż w końcu wymyśliłam: eureka! Doskonalenie wcale nie musi oznaczać chorobę czy destrukcyjne dążenie do osiągnięcia czegoś niemożliwego. Pamiętam jak kilka lat temu obiecałam sobie, że „wejdę” w spodnie mojej o 4 lata młodszej siostry. Wtedy nie nie docierało do mnie, że jest o dobre kilkanaście cm niższa ode mnie, ma inną budowę ciała (wynikająca przede wszystkim z tego, że różniło nas 4 lat) oraz „poszła” bardziej w tatę, kiedy ja posiadałam niemal identyczną budowę jak mama. Cel został określony: zmieścić się w spodnie przeznaczone dla dzieci o wzroście 148-152cm. Skoro cel został przeze mnie precyzyjnie obrany i zgodnie z regułą SMART’a, poznaną dopiero niedawno przeze mnie, był: prosty, mierzalny, osiągalny, ISTOTNY, zabrakło tylko określenia przedziału czasowego, ale uznałam, że: jak najszybciej, będzie odpowiednim określeniem. A więc wydaje się, że wszystko ok. Jest dobry, bo osiągalny cel. Czas reazlizacji niestety się przedłużał, bo moje ciało i psychika się buntowały czasem, jednej nocy kanapka, innej baton, jeszcze innej 1 kg jabłek (bo usuwają toksyny – tak sobie tłumaczyłam). Do jasno sprecyzowanego planu, trzeba było dodać odpowiednie środki. Pierwszym środkiem było: mniej jeść. Hmm co to znaczy, jeść więcej lub mniej. Ciężko stwierdzić, więc wpisałam w kaltulatorzez MBI swój wzrost, wiek i wagę, system pozkazał, że dla mnie odpowiednia ilość jedzenia to 2000kcal. Ok, tylko co to znaczy…otóż dostałam w prezencie neostradę, więc hulaj dusza – piekła nie ma. Net to skarbnica wiedzy – tak mi się wydawało. System wszystko pokazał, co, ile i kiedy. Idealnie. Trzeba było się dostosować. Dieta rozpoczęta. Po pewnym czasie stwierdziłam, że ciężko tak być na diecie, same restrykcje, zero przyjemnośći. Wprowadziłam nagrody i kary. Nagrodą był pomiar ciała i przymiarka do jeansów, karą – zero tv. (Niezłe nie?) To był dopiero początek…

O rozpadzie psychiki osób chorujących na zaburzenia odżywiania można pisać epopeje, a i tak nigdy nie wyczerpie się tematu. Generalnie uznam, że polega na stawianiu sobie celów, marzeniu, uciekaniu w sobie tylko znany świat fantazji. Osiąganiu coraz to lepszych wyników i podnoszeniu poprzeczki w górę. A więc doskonaleniu się.

Doskonalenie się = dochodzenie do perfekcji = anoreksja. W związku z tym, czy doskonalenie się oznacza anoreksję? Już słyszę głosy sprzeciwu w uszach…słyszę, nie musicie krzyczeć. Czy zatem doskonalenie zawodowe prowadzi do zaburzeń odżywiania? Nie prowadzi? Moim zdaniem może prowadzić, jesli obok wystąpi szereg innych, doskonale znanych psychologom i chorym na ED zdarzeń. Samo doskolanenie nie jest chore. Jest zdrowe jak cholera. Pokazuje i udowadnia człowiekowi ile może, do czego jest zdolny i ubogaca jego wnętrze. Doskonalenie rozwija….

Mogę podać milion innych zdarzeń i okoliczności łagodzących dla bulimiczki, dowodzących, że doskonalenie nie rozwija, a zabija. Powolnie, prowadzi do rozkładu psychicznego, fizycznego i stwarza człowieka wraka. Bowiem moje „doskonalnenie” polegało na wejściu w spodnie dla 12-letniego dziecka o wzroście 150 cm przez nastolatkę o wieku 16 przy wzroście 170cm. Idealne, nie? Nawet teraz jak o tym myślę, czuję przyjemne ciepełko.

Oto termin wykonania zadania: weszłam w te spodnie. Wiecie, weszłam nawet w spodnie znalezione przeze mnie później na strychu o nogawce prawie połowę mniejszą, niż moje destination. Osiągnęłam cel. Nagroda? Owszem. Wzrost hormonów szczęścia w wyniku biegu. Moje doskonalenie poszło dalej, dużo dalej. Osiągnęłam o wiele więcej, jeśli moje cele można by zmierzyć, okazało się, że osiągnęłam niebo! Poszłam żywcem do nieba.

Doskonałość = doskonalenie. Oba te terminy (bliskoznaczne) znaczą to samo? Czy jeśli teraz napiszę, że od dzisiaj staję się osobą cierpliwą i powściągliwą, to to oznacza, że zaczynam doskonalenie, a więc stanę się doskonała, co z kolei oznacza, że po 10-letniej przjaźni z zaburzeniami znowu wchodzę w to samo, czyli anoreksję? Niech mi odpowiedzą wszyscy ci, którzy na początku krzyczeli. Czy to oznacza, że doskonaląc w sobie cechę cierpliwości, wyrabiam w sobie postać anoreksji, wchodząc w ten sam schemat? Schemat…to temat na odrębną notkę. Otóż nie, doskonaląc swoją głębię, nie muszę doskonalić w sobie wszystkich tych destrukcyjnych zjawisk. Będę cierpliwa, tzn., że nie pójdę się najeść i policzę do 10. Jesli to nie wypali, policze do 100, a jeśli to nie wypali do 1000. Do jutra będę liczyć, tylko dlatego, żeby nie wymiotować dzisiaj. A jutro? Zacznę od nowa. A pojutrze? Będę liczyć ciągle. Będę się doskonalić w liczeniu i stanę się księgową. Perfekcyjną księgową, jeśli mogę dodać coś od siebie.