być zdrowym

Czasem trzeba naprawdę doprowadzić się do ostateczności, żeby zrozumieć, że jest się chorym. To trochę tak, jak z zakochaniem. Oczywiście, zwykle jest tak, że wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że właśnie przechodzisz burzę hormonów, ale tak naprawde to tylko Ty możesz stwierdzić: owszem, zakochałam się. A objawy tylko mogą ewentualnie potwierdzic twój stan. Podobnie jest z byciem chorym. Twoje ciało/dusza cierpi, przez jakis czas się broni, wykorzystuje jakieś utarte i znajome sposoby, system immunologiczny zaczyna działać, ale zwykle, żeby się wyleczyć musisz zdać sobi sprawę ze swojego stanu i iść do lekarza. No właśnie, a co w przypadku, kiedy chorobą jest uczucie/zakochanie? Innymi słowy, co jeśli ktoś choruje na kochanie? I o tym chciałabym dzisiaj napisać.

Oczywiście problem ten dotyczy sporej grupy ludzi, zazwyczaj cierpią na nią kobiety. No tak już się utarło, że to kobieta powinna być strażniczką domowego ogniska, spoiwem łączącym wszystkich domowników, gneralnie osobą, która „wszystko ogarnia”. Siłą rzeczy jest najbardziej narażona na radzenenie sobie ze złem całego świata. Bo musi wysłuchać utyskiwań córki, która nie może dogadać się z koleżankami i nauczycielami, musi „trzymać krótko” syna, żeby nie zszedł na złą drogę i ostatecznie, być żoną, przyjaciółką i kochanką swojego mężczyzny i to chyba najbardziej wymagające zajęcie. Wszystko jest ok, kiedy stworzyła z nim normalny dom, gorzej, kiedy dom ten normalny nie jest. Tzn. występuje z nim przemoc fizyczna/psychiczna, alkoholizm, narkomania, podległość, ogólnie rzecz biorąc dom choruje, chociaż, co zwykle jest rzeczą podstawową, wszystko na zewnątrz wydaje się w porządku. Od środka jakis robak toczy swój znój i zbiera żniwo. Kobieta wtedy czuje się w obowiązku coś temu zaradzić i jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że wdepnęła w niezłe bagno. Bo zamiast uciekać gdzie pieprz rośnie, chce zbawić swojego mężczyznę. Od tego zwykle się zaczyna.

A później to tylko niekończące sie wyrzuty, płacze, kłótnie, awantury, próby zmiany, obniżone poczucie własnej wartości, wyrzuty sumienia. Kobieta bierze się za zmianę nie tego, co jest głównym powodem niezdrowej atmosfery w domu, tylko za zmianę mężczyzny, bo jeśli on będzie innym człowiekiem, na pewno wszystko inne się ułóży. Więc tkwi w takim chorym związku, cierpi ona, cierpią dzieci, mężczyzna z jakiegoś powodu też, bo on tu sobie spokojnie żyje, a nagle ktos chce, żeby on poszedł do pracy, zajął się domem, więcej czasu spędzał z rodziną, generalnie: o co tej babie chodzi? Siedze sobie spokojnie na kanapie, nikomu nie zawadzam, a ona sie uparła, żebym coś robił. Po co to komu? Nigdy nic takiego nie chciała….

Cierpią wszyscy, następuje powolny rozpad wszystkiego. Temat jest bardzo złożony i pewnie tyle jego odmian, co ludzi, wszystkie jednak łączą się w jednym: W KOCHANIU ZA BARDZO. To choroba, nieleczona zabija. Nie faceta, który pije/ćpa/chodzi na panienki, o nie. Kobietę, której wydaje się, że jest w stanie naprawic swojego mężczyzne, zabija kobietę, która nie ma swojego życia, bowiem całe jej funkcjonowanie kręci się wokół faceta i jego problemów. Myśli, że jeśli obdarzy go bezgraniczną i nieskończoną miłością, wszystko się ułoży.

Ja byłam w takim związku. Co prawd, dotarłam tylko do początkowego stadium. U mnie skończyło się na napięciu i obawie w wyrażaniu swojego zdania, żeby czasem go nie odstraszyć. Ale czego to ja nie robiłam, żeby go zatrzymać…

Żal, tylko tyle powiem. Żal za d..e ściska, jak kobieta może się poniżyć. Na szczęście koszmar minął, wiem co było powodem: nigdy więcej nie będę lekceważyć sygnałów. Wątpliwości trzeba rozwiewać, a nie pozostawiać nierozwiązane. Gdybym nastawiła się na odbiór, oszczędziłabym sobie i innym zbędnego rozczarowania.

Podsumowując, pytać, pytać i rozmawiać. Bez tego nie uda się zbudować niczego solidnego.