cold cold heart

Przypomniałam sobie kiedy po raz pierwszy poczułam dziwny smutek, tak jakby mnie coś pochłaniało, jakby miało się nigdy nie skończyć. Od tego momentu zaczęły się huśtawki nastroju, w jednej chwili było ok, by za moment wpaść w nostalgię. Od tamtego momentu zaczęłam uciekać w sobie tylko znany świat – świat książek. Miałam około 12/13 lat. Dziś mam 27, czyli 15 lat się męczę. Ze sobą, ze światem. Widzę przed sobą mur. Zakładam okulary i już jestem bezpieczna. W swoim świecie. Beznadziejnym. Czuję jakby…nie, to nie uczucie. ja nie mam w sobie uczuć czy emocji. Jestem robotem. Zaprogramowanym robotem, aby tańczyć, śpiewać i się uśmiechać.

To tak, jakbym oglądała siebie w filmie. Moje życie płynie. Składa się ze zwykłych rzeczy. Normalnych – praca w pon-pt, sobota i pusta niedziela spędzona na przystanku. Miałam marzenia, plany – teraz nie mam. Jestem pusta. Typowa depresja. Depresja – anoreksja. Mam ochotę walic głową w ścianę, aż rozerwę ten pusty łeb. Coś sobie zrobić. Autentycznie coś sobie zrobić. Nie obudzić się rano. Zapić, zaćpać, zarżąć. Wszystko jedno co. Skończyć ze sobą. Chcę umrzeć.