Tydzień 1 – 31/03 – 07/04

Blog miał być o śmierci, a będzie o życiu. Życiu po życiu. Ana, Mia, Ron, Ola, Ivy – kogo to obchodzi. Dziś jestem run. Wczoraj byłam run i jutro też nią będę. Nie zapomniałam.

..2012, 2013, 2014, 2015, 2016 – bez sensu

……………………………………2017 – z sensem

Biegam, bo lubię. Lubię się sponiewierać i paść. Nie myśleć, nie analizować. Najlepiej 3 w 1 – pływać, jeździć i biegać. Cel jest.

Zaczęłam dosyć niepozornie. Kiedyś ktoś powiedział mi, że tego nie da się zrobić, nie Ty, nie teraz. To się dziwił niedługo po tym. I tak mi zostało. Zaczęłam w nietypowym stroju, bez tego całego entourage, niczym Cliff Young – w tenisówkach, jakichś spodniach i koszulce. Włosy spięte w koński ogon (tylko tak wtedy miałam wystylizowaną fryzurę) i czerwonymi policzkami. Zaczynałam każdego dnia i kończyłam, dzień za dniem. Najpierw jeden trening dziennie, później dwa. Biegłam, oczywiście, żeby schudnąć, zniknąć, umrzeć. Im więcej tym lepiej. Im szybciej tym lepiej. Później przestałam, paierosy, alkohol, stres, praca, studia. Też chciałam umrzeć, ale wykańczałam się w inny sposób. Teraz chce inaczej. Nie chcę umrzeć, chcę żyć, żeby biegać, wspinać się, osiągać niemożliwe. Dla siebie, dla samej kurcze siebie. Więc zaczynam. PZU jest we wrześniu. Do zobaczenia na starcie. PO drodze może ogarnę jeszcze Orlen.

Piątek

Rower – 6,72 km, 24:04, TE 1.4 – kiepsko. Odległość robi swoje, jako taka stabilizacja.

Bieg – 6,24 km, 39:18, TE 3:8 – nie jest źle. Zakres mnie pociesza i podbiegi. Krótko, ale z przytupem. Kto zobaczyłby teren wiedziałby o czym piszę. Podbiegi i pobocze, bo robiło się ciemno.

Sobota

Regeneracja.